to kołysanka
ani kołysząca ani kołysana
ani klasyczna ani romantyczna
i mogę się stoczyć jak walka uliczna
w izby wytrzeźwień i pokoje widzeń
do białego ranka idąc godzinami -
żaden to przyśpiew i żadna poświata
marynarze i kurwy umarli dla świata
rzucając fajerwerki w ciemno i na straty
wieńce weselne wieńce pogrzebowe
na dworce w ruinach i dworce w budowie
dobry wieczór we wrocławiu
dobranoc w poznaniu
ciągle bicie bębnów i turecki jazgot
w ciszy idę na pociąg podstawiony ze spiżu
w nocy biegnę na pociąg pancerny jak spiż
idę naprzód za siebie po domach po niebie
po kolana w wodzie a duch nad wodami
zlany zimnym potem i z brązu odlany
już prześwitujący jeszcze nie dziurawy
przez stalowe przęsła słupy i filary
zaciskając zęby w świetle jarzeniówek
z oczami bez źrenic w granicach tęczówek
w nocy bardziej trupio za dnia raczej blado
do białego ranka idę godzinami -
po kolana w wodzie a duch nad wodami
litania litwa lithuania
litania litwa modlitwa
i była łąka nadrzeczna
łąka narzeczona
i wszystko z ziemią jak walce
idą walce przejdą walce
chodzą słuchy idą duchy
dźwięki rymy idą dymy
w dorzeczu eufratu
narzeczu tygrysu
w języku po zmroku
ozorze po tęczy
mowa trawa
mowa
mowa pogrzebowa
słowa słowa słowa słowa
śpiewające kartki obślinione znaczki
w słońcu więc gdziekolwiek
i wszędzie jak w domu
na gazowej płytce
wywołując duchy
na gazowej płytce
tańczą karaluchy
pamiętam konika zostawionego przez dada
bo robiło się jaśniej i robiło się straszniej
a myśmy widzieli kino grozy w słońcu
w rytmie bicia pałką rytmie bicia serca
a myśmy przeżyli chwile grozy w słońcu jak klajster
co zamyka oczy i robi się jaśniej
gdzie robi się jaśniej i czy robi się straszniej
i czy wzbudza lęk co czyta przez ramię
ze skoku napięcia robiąc skok stulecia
na granicy błędu nad poziomem wody
od pasa w górę samolot jak palec
gdy wszystko się jednoczy i militarnie jak trzeba
gdzie chowa się broń gdzie mówi dobranoc
gdy robi się jaśniej i robi się straszniej
ocean rafinuje ponad mililitry
ocean buzuje w metry kwadratowe
wyrazy szacunku wyrazy współczucia
bez żalu bez czucia już łącząc wyrazy
ludzkie szczątki organki i zręby narracji
i winda się telepie między klatką zsypem
trzęsie nami dybuk między dniem a świtem
świeczkę małej dolly frankenstein ogarek
żaden to sobowtór podwójny wędrowiec
z zapałkami na krzyż żeby ogrzać dłonie
żeby zatrzeć ślady jakim palindromem
na krzyż i kapliczkę na ślepo we śnie
drogą okrężną żeby było jasno
okrężną drogą żeby było cicho
żeby było licho podwójny
wędrowiec drogą licznych
złudzeń plam błysków i fal iluminacj kulminacji
w tańcu mięśni i fal
w ciele topielca jak topielców stu walcząc
ze sobą wiruje jak wiatrak
jak w słowach piosenki cyrkowo
magicznie jak nożycoręki
i palindromicznie jak połykacz
ognia jak połykacz wody
ciąg sylabizacji wir opalizacji
pod kopułą cyrku i osłoną nieba
gdzie burza oklasków znaczy gradobić
pod kopułą cyrku i tytułem dada
gdzie przychodzi żegnać
zwykłym hi lub fi
świta dnieje
kogut pieje
widziałam husarię w różowych
piórach ciągnącą ulicami z
sennego koszmaru
polską ciężką jazdę na rewii i scenie
jej tęsknotę za byciem online
żeby poświęcić wszystko idąc jak pług -
ukraińska flaga będzie tu polem na którym ręka
przechodnia służy za drogowskaz - to żniwa
złote chłopaki złote zęby
psy gotowe chwytać mięso w locie
musi być ich tu więcej bo żydowskiego cmentarza
już nie ma - spóźniłam się i zdążam na polski
gdzie czyjaś ręka musi być dłutem
rozbiła większość nagrobnych zdjęć
jeszcze kołuję nad miastem
zapewne widzi mnie jakieś dziecko celuje palcem i trafia
jest poranek godzina piąta
imieniny marii joanny konstantego
wszystkiego najlepszego
tyle tu połączeń że trudno zdążyć
trudno byłoby zdążyć tylko na jedno
już z dziesięć biletów skasowano mi nad głową
jeden za marię drugi za joannę
kasuję za konstantego -
stalowy dźwig podnosi ramię
policyjny lizak odpowiada mu z daleka
co to za bunt bez cienia uśmiechu rewolucja bez pracy
opieram się o ścianę w przejściu próbuję zjeść bułkę
sprawdzam stan mojego zawiniątka
szczoteczka grzebyk mydło
szczęśliwie pod prysznic a nie w fontannie!
wszystkie połączenia są nerwowe pięści gołe ciało
dostaniesz w brezencie delikatne jak pastel słuchaj
ostatnia stacja jest benzynowa
dzień tu przyjdzie od złodziei ta psia wachta czarna
noc zduszona sina czy trzęsiesz się wciąż tobołku?
swoim drobnym ciałem, swoją częścią miasta? słuchaj
ciało dostaniesz w brezencie linie lotnicze i papilarne ręce grzej
nad palnikiem czarne rdzawe sine twarde rękawice owiń i skręć
wysadzą cię na stacji. jakieś uwagi? odwagi. wszystkie stacje
maluje hopper. w taką noc tylko hopper maluje je wszystkie
to są miasta
w skrętach kiszek bez światła
jestem wartownikiem który przekracza swą zmianę
z widnokręgu w widmokrąg
ku wszelkiej pomyślności
07 zgłoś się
miasto na niespotykanych falach słucham
miasto ruina jeśli brać pod uwagę liczbę
niespłaconych rat i straconych lat fasady
milczą kradziony sygnał przecina bazar
zostawiając mnie w lekkim zamroczeniu
a więc daleko w tyle - pieniądze i ludzie
leżą na ulicy duch zrobiony z chusteczki
blednie w oknie wystawy
wleczona po kraju na wylot
kraju na wylot i oścież
nienawiść. niesiona w pysku dla
młodych. to pora
karmienia w bramach
pora od ziarna i plew
długość dźwiękowej fali i szerokość żadna
pod wychudłą lampą co prowadzi na molo
za rękę do końca w piżamie i kapciach
coś jeszcze widzisz w tym świetle tak
coś jeszcze widzę w tym świetle szarą jaźń
a morze o tej porze szumi jak metro choć peron wydaje się pusty
czy to nie ta słynna zamknięta stacja molo?
czy to nie ta płynna meteo coraz mniej logiczna
zbyt łatwo w zachwytach ciągle się rozpływa
długość dźwiękowej fali i szerokość żadna
za rękę do końca w piżamie i kapciach
światło mnie rozprasza. mogę pracować w półmroku
mogę przyciszyć głos, ale obraz pozostanie ten sam - plugawy
głos w końcu wezwie mnie do stołu, na głodzie, do pisania
nie zostanie mi podany żaden obiad - żadną ręką, za żadną cenę
zgadzam się być oświetlona tylko jedną lampką -
z wykręconą żarówką, jedyną kończyną -
to elektryczność, która mnie opuściła - która mnie jeszcze oślepi
powinno istnieć prawo zabraniające architektom wyjmować oczy
niestety - żyjemy w głębokim średniowieczu, którego przedpole
przyprawia o śmiech. jestem już stara i niewiele pamiętam, byle
demon we włosach roił się jak wesz i coś na ząb, wszystko
która rozwija przed nami chorobę
egzotyczną tkań
nici srebrne i złote
węzły asymetryczne i chłonne
w kałuży tłuszczu i płytkiej krwi
wciąż grając na czas scalony jak bombka, jak zawrotna piłka
do pierwszego gwizdka i ostatniej krwi!
jednym kopnięciem w jądra ciemności co przychyli nam nieba
nic wielkiego niebo
pochylone jak pielęgniarz ale do upadku
w naszą kołyskę i nasze korytko
gdzie czytamy w oryginale z ręki i w myślach
tu jest ołów w cieniach do
powiek kochanie
paliłam za sobą też światło
mój panie
idąc ulicą w jednym porządku prosto
jak strzelił drogowskaz jasny
gwint sfingowany tu jest ołów
żołnierzyku
bo musiałem wychodzić swoją
bezdomność
w domu kultury